piątek, 29 lipca 2011

Lekarz umarł ... z przepracowania.

Prokuratura Rejonowa w Głubczycach sprawdza, czy w tamtejszym szpitalu powiatowym mogło dojść do nieumyślnego spowodowania śmierci 52-letni anestezjologa. Lekarz zmarł podczas dyżuru; według nieoficjalnych informacji mógł go pełnić piątą dobę z rzędu.

 źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,10022641,Lekarz_zmarl_na_dyzurze__Media__pracowal_piata_dobe.html


Jak to w Polsce ... ktoś musi umrzeć, żeby zwrócono uwagę na problem. Aż strach się bać ilu lekarzy w stanie skrajnego wycieńczenia próbuje dbać o nasze zdrowie. I co z tych "prób" wychodzi...

czwartek, 28 lipca 2011

pacjent ubezwłasnowolniony

Słyszałam już, że na niektórych oddziałach podaje się leki uspokajające ...profilaktycznie.
Żeby pacjenci słodko spali i przypadkiem czegoś nie chcieli . Zwłaszcza nie daj boże leczenia.


Ale dzisiaj hit. Wiązanie pasami. Pozdrawiamy ze średniowiecza.


Szpital wiąże dla spokoju? "Pacjentka była agresywna"

- Pielęgniarka parcianymi pasami związała mi ręce i nogi wbrew mojej woli. A chciałam tylko, by nie zabierała mi basenu. Upokorzono mnie, odebrano godność - skarży się pacjentka szpitala przy Banacha. - Musieliśmy ją unieruchomić, bo była agresywna - twierdzi klinika.


wiecej na: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10019376,Szpital_wiaze_dla_spokoju___Pacjentka_byla_agresywna_.html

Sezon urlopowy

Urlop to urlop ...wiadomo !

W Płocku nie tylko kardiolog czy neurolog to towar deficytowy, długo wyczekany w kolejce. W jednej z przychodni POZ z cudem graniczy dostanie się do lekarza pierwszego kontaktu. W tym tygodniu pacjentów zapisywali tam na... październik

(...) Mama zamierzała poprosić lekarza pierwszego kontaktu o skierowanie do specjalisty. Usłyszała, że do końca września nie ma już wolnych terminów. Dlaczego? - Bo lekarze są na urlopach - kontynuowała rejestratorka.

źródło: http://plock.gazeta.pl/plock/1,35681,9981396,Do_lekarza_pierwszego_kontaktu_dopiero_w_pazdzierniku.html#ixzz1TNtGaaaK


Cudownie prawda? Nasza służba zdrowia nie przestaje mnie zachwycać.

wtorek, 26 lipca 2011

grunt to profilaktyka ...czyżby?

O lekarzach konowałach wiemy wszystko ... ale kiedy czyta się takie historie włos się jeży na głowie.

"Trzeba się badać, nie bać leczenia i z całych sił chcieć żyć – twierdzą specjaliści od walki z rakiem. To prawda. Dodam jednak coś od siebie, opierając się na historii choroby swojego ojca – pod warunkiem, że: a) twój lekarz w porę pozna się na rzeczy, b) zdobędziesz miejsce w Centrum Onkologii i c) raczej jesteś szczęściarzem. Gdyby jednak przyszło umierać, pamiętaj – jak najdyskretniej! Lekarze tego nie lubią..."


wiecej na : http://www.medigo.pl/a,i,1079,razem_wygramy_z_rakiem




i jeszcze jedno ... Autorka tego tekstu daje kilka rad jak się zmierzyć z systemem. Zamieszczam - na pewno się przyda:



Jak się zachować, gdy uważamy leczenie za nieskuteczne?
Zbadań opublikowanych we „Współczesnej onkologii” (nr 5/2005) wynika, że43% pacjentów z potwierdzonymi w późniejszym czasie chorobami nowotworowymi po pierwszej wizycie otrzymuje skierowanie do innego specjalisty. 33% pacjentów kierowanych jest od razu do onkologa.Natomiast pozostałe 24% chorych nie jest kierowanych nigdzie. Są oni leczeni albo w rejonie, albo pozostawieni bez opieki. Dlatego jeśli uważasz, że jesteś leczony nieskutecznie, możesz:
- Porozmawiać z lekarzem („Panie doktorze, mam wrażenie, że przepisywane przez pana leki ziołowe nie pomagają. Czuję się coraz gorzej. Proszę mi wytłumaczyć, jakie są inne sposoby leczenia mojej choroby?”).
- Jednorazowo skonsultować się z innym specjalistą (prywatnie).
- Zmienić lekarza prowadzącego.

Co robić, gdy lekarz nie chce wyjaśnić wyników?
-Kulturalnie wyegzekwować swoje prawo („Proszę mi wyjaśnić, kto w Państwa placówce jest odpowiedzialny za realizowanie ustawowego prawa pacjentów do informacji?”).
- Spróbować nieco później (jeśli lekarz jest zajęty czynnościami medycznymi).
- Zapytać innego lekarza.
- Interweniować u kierownika placówki.

Jeśli mimo leczenia bólu pacjent nadal cierpi, można:
-Zapytać lekarza o możliwość zwiększenia dawki tego samego leku(„Słyszałam, że długotrwałe przyjmowanie wysokich dawek paracetamolu jest szkodliwe dla wątroby. Dlatego proszę mi wyjaśnić, co to znaczy:ťbrać więcejŤ. Jakie dawkowanie ma pan na myśli?").

Co zrobić, jeśli podane dawki leku przestają już skutkować?
-Zapytać lekarza o drabinę analgetyczną („Paracetamol jest lekiem z pierwszego stopnia drabiny analgetycznej. Ten lek już nie pomaga. Czy można by było zacząć stosować substancje z drugiego stopnia?”).
- Powołać się na artykuł 29. Kodeksu etyki lekarskiej (zawodowy obowiązek łagodzenia cierpienia chorych w stadium terminalnym).
- Poszukać poradni leczenia bólu.
- Poszukać specjalisty od akupunktury.

Jak postępować, jeśli warunki sanitarne w szpitalu są niezadowalające?
- Zapytać pracowników szpitala o możliwość przyniesienia domowej pościeli.
- Zapytać, czy można wykupić dodatkowe posiłki szpitalne.
- Systematycznie przynosić choremu jedzenie z domu.

Co można zrobić, kiedy szpital odmawia przyjęcia pacjenta?
-Interweniować u najbliższego rzecznika praw pacjenta (odpowiedniego dla swojego rejonu), pisząc lub dzwoniąc. Wcześniej dobrze jest się zapoznać z procedurami dotyczącymi interwencji.
- Szukać innego szpitala.
- Żądać pisemnego uzasadnienia odmowy przyjęcia i skierowania do innej placówki, w której są miejsca.

Gdy placówka wyrzuca pacjenta, należy:
Jeśli odmowa świadczenia usług medycznych naruszyła dobra osobiste pacjenta (np. odbyła się w opisany powyżej sposób) – złożyć skargę do rzecznika praw pacjenta. Warto również interweniować u przełożonego niekulturalnego pracownika.
Jeśli placówka odmawia leczenia, gdyż pacjent jest w stanie terminalnym – skontaktować się z którymkolwiek ze108 działających w Polsce hospicjów (stacjonarnych lub domowych).

Czy lekarz ma prawo wyrzucić rodzinę od umierającego pacjenta?
-Pacjent ma prawo do dodatkowej opieki ze strony wyznaczonej bliskiej osoby zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy. Jakiekolwiek postanowienie regulaminu stanowiące inaczej jest sprzeczne z prawem. Prawo do opieki może być ograniczone tylko w wyjątkowych wypadkach, spowodowanych czynnikami epidemiologicznymi. Decyzję taką podejmuje kierownik zakładu opieki zdrowotnej lub upoważniony przez niego lekarz. Pacjent ma również prawo oczekiwać, że w razie zagrożenia życia lub jego śmierci szpital zawiadomi wskazane wcześniej osoby lub instytucje.
-Jeśli pacjent nie jest w stanie agonalnym, lecz terminalnym, można przenieść go do hospicjum stacjonarnego lub skontaktować się z hospicjum domowym

poniedziałek, 25 lipca 2011

czeski film

porażający wstęp do artykułu w GW:

W Centrum Onkologii w Warszawie pacjentowi wycięto zdrową nerkę.

Nieszczęśliwa operacja została przeprowadzona w poniedziałek w ubiegłym tygodniu w należącej do Centrum klinice na ul. Wawelskiej. We wtorek okazało się, że w usuniętej nerce nie ma komórek nowotworowych. Został wycięty zdrowy organ(...)
Przed operacją nie sprawdzono całej dokumentacji pacjenta.

Komentarz zbędny!!!

piątek, 22 lipca 2011

zagadka

Tłum. Gorąco. Żadnych wentylatorów, ani wiatraków. Olbrzymia kolejka do toalety. Giną wyniki, badania trzeba powtarzać. Karta pacjenta trafia z rejestracji do gabinetu lekarza po kilku godzinach.

Gdzie tak jest ? 
Oczywiście w Centrum Onkologii w Warszawie.

Wymarzone warunki dla osłabionych walką z chorobą nowotworową.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/10,88722,9966004,Mordercze_warunki_w_Centrum_Onkologii_w_Warszawie.html

magiczne słówko "limity"

- Chcę zapisać się do kardiologa - mówi starszy mężczyzna w rejestracji do poradni szpitala klinicznego. - Nie zapisujemy. Proszę dowiedzieć się w sierpniu. Wówczas zapisy będą na marzec - odpowiada mu recepcjonistka.


Nie ma pieniędzy, nie ma nic ... a kolejki siegają nawet kilku lat. 
Dobrze, że chociaż limity działają... 

Trzeba mieć zdrowie żeby leczyć się w Polsce...

z cyklu - co za debilizm

-Lekarz z izby przyjęć Szpitala Bródnowskiego odmówił udzielenia pomocy pacjentowi, który leżał nieprzytomny po drugiej stronie ulicy. Konieczne było wezwanie straży miejskiej i pogotowia - poinformował Alert24 Piotr. Jak wyjaśnia rzecznik wojewódzkiego pogotowia ratunkowego, takie są przepisy. Lekarz izby przyjęć może udzielać pomocy tylko na izbie. 

 

No i gdzie w tym sens, gdzie logika? 

środa, 13 lipca 2011

może wreszcie się czegoś nauczą

Oddycha, ma tętno. Gdy poda mu się niewłaściwy lek, umiera. To 40-letni, dobrze zbudowany mężczyzna, choć w kilka minut można z niego zrobić kobietę. Takiego pacjenta do symulacji medycznych ma szpital na Banacha. Ćwiczą na nim studenci. 

 

Lekarz wgrywa w manekina jeden z dziesiątków programów - fantom symuluje, że się utopił. Zamyka oczy, zmienia mu się tętno, zaczyna się migotanie przedsionków. - Pacjent potrzebuje pomocy. To stan zagrożenia życia - mówi prof. Andrzej Kański, kierownik II Zakładu Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala przy Banacha.

Studenci muszą szybko zareagować, inaczej pacjent "umrze", a wtedy na monitorze wyświetlającym parametry życiowe manekina pojawią się ciągłe linie. Nie będzie tętna, które teraz jest wyczuwalne, gdy przyłoży się dłoń do jego nadgarstka. Studenci podają leki. To strzykawki z napisami i kodami kreskowymi. Gdy przyłoży się je do czytnika, piszczy stojący obok komputer. To mózg manekina. W zależności od podanego leku momentalnie zmieniają się jego parametry życiowe - jest poprawa lub czuje się gorzej. Fantom może mówić. W krtani ma głośnik. Głos podkłada lekarz sterujący operacją z reżyserki, która mieści się w sąsiedniej sali.

Nad chorym w czasie ćwiczeń stoi zwykle dwóch studentów i lekarz podający proponowane przez nich leki. - Tutaj studenci widzą rezultaty swoich decyzji - podkreśla prof. Kański. - Uczą się, jak właściwie reagować w sytuacjach stresujących. Specjalnie zajęcia zaczynamy od przedstawienia efektów złej decyzji. Pokazujemy, że podanie adrenaliny dożylnie zamiast domięśniowo w przypadku wstrząsu anafilaktycznego, czyli reakcji alergicznej, do której może dojść np. po użądleniu owada, może doprowadzić do śmierci.

Gdy studenci ratują manekina pacjenta, w sali obok ich decyzje i działania obserwują koledzy. - Często, gdy chory umiera i emocje sięgają zenitu, w sąsiedniej sali słychać: "Ratujcie go", "intubuj", "wentyluj" - opowiada prof. Kański.

Manekin płacze (ma dwie dziurki w kącikach oczu), krwawi (czerwony płyn wydobywa się przez dwa otwory w uszach - to sygnał, że doszło do urazu głowy), wymiotuje (np. gdy dojdzie do wstrząsu mózgu), ślini się. Symuluje także urazy wewnętrzne.

Manekin kosztował 1,5 mln zł. Został kupiony za środki unijne. Projekt, w ramach którego powstało Centrum Symulacji Medycznych, zrealizował II Zakład Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala przy Banacha. - Chcemy kupić drugiego manekina, który będzie siniał i miał drgawki - zapowiada prof. Kański. - Zajęcia z fantomem, który reaguje jak człowiek, sprawiają, że studenci lepiej zapamiętają informacje. Są zestresowani, gdy go ratują, ale gdy kiedyś będą w podobnej sytuacji w izbie przyjęć, będą w stanie szybciej zareagować. Dowiedziono, że gdy uczeniu się towarzyszą silne emocje, wtedy w prawdziwej trudnej sytuacji pewne czynności wykonuje się mechanicznie i popełnia mniej błędów.

 źródło: gazeta.pl

czwartek, 7 lipca 2011

A wydawałoby się, że lekarze powinni leczyć ...

 

Świadek: Człowiek leżał pod szpitalem, lekarze nie reagowali 

- Nieprzytomny mężczyzna leżał naprzeciwko szpitala wojewódzkiego. Do mężczyzny została wezwana pomoc. Niestety karetka się spóźniała. A lekarze z pobliskiego szpitala nie reagowali na prośby o pomoc - pisze Internauta.

ak pisze w liście Czytelnik, dramatyczna scena rozegrała się praktycznie na oczach lekarzy. 5 lipca nieprzytomny starszy mężczyzna został znaleziony przez przechodniów naprzeciwko szpitala wojewódzkiego. Osoba, która była świadkiem zdarzenia jest oburzona zachowaniem personelu pobliskiej placówki.

- Do mężczyzny wezwano karetkę. Po 7 minutach dalej jej nie było. W związku z tym poproszono o pomoc lekarzy z Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Lekarze odmówili pomocy, tłumacząc, że nie wolno im opuszczać miejsca pracy i należy wezwać karetkę - nikt! z kilku osób tam obecnych nawet się nie ruszył - relacjonuje zdenerwowany świadek zdarzenia.

I dodaje: - 50 metrów od szpitala być może umiera człowiek, ale nikogo z obecnych tam osób to nie obchodzi!

- Przy wyjściu ze szpitala, już poza budynkiem szpitala, zaczepiono parę młodych lekarzy - również nie zareagowali. Kobieta stwierdziła że "nie jest przygotowana". Było to 10 metrów od leżącego człowieka. Po kolejnych 5 minutach przyjeżdża karetka, która zabiera już przytomnego starszego pana do szpitala - kończy relację Internauta.

źródło: gazeta.olsztyńska.pl



Takich historii znamy wiele.
Dla przypomnienia bulwersująca sprawa z Łodzi.

Łódź: 80-letni Józef Kobielak UMARŁ POD SZPITALEM, bo z izby przyjęć odesłano go do innego szpitala.
Józef Kobielak (†80 l.) z bolącym brzuchem tułał się od szpitala do szpitala, aby uzyskać pomoc. Skonał pod izbą przyjęć Szpitala im. Barlickiego w Łodzi po tym, jak odesłano go do kolejnej placówki.
- To skandal, co wyprawia się w tych szpitalach - żali się Halina Bugajny (51 l.), córka zmarłego. - Najpierw spytano, ile ma lat, dając do zrozumienia, że chorych w podeszłym wieku już nie opłaca się ratować. A potem zastosowano... spychologię - mówi roztrzęsiona kobieta. Zamiast go przebadać, kazano mu jeździć po szpitalach.
Z bólem do lekarza
W piątek ok. godziny 16.00 pana Józefa rozbolał brzuch tak bardzo, że poszedł do lekarza. - Podejrzewano, że jest to związane z problemem z oddawaniem moczu - mówi pani Halina. W szpitalu MSWiA w Łodzi założono cewnik panu Józefowi, ale ból nie ustąpił.
- Internista zdecydował, że tata powinien trafić na chirurgię, ale odesłał ojca do innego szpitala - mówi córka zmarłego.

- Mamy tu oddział chirurgiczny, ale nie działa on na zasadach ostrego dyżuru. Wykonujemy tylko planowe zabiegi, nagłych pacjentów odsyłamy do innej placówki - powiedziała lekarz dyżurna szpitala MSWiA w Łodzi. Pani Halina nie miała wyjścia. Zamówiła taksówkę i pojechała z chorym ojcem do Szpitala im. Barlickiego.
Znieczulica na izbie przyjęć
Na izbie przyjęć czekało kilka osób. - Powiedziałam, że tata wije się z bólu i poprosiłam, by szybko zbadał go chirurg - mówi pani Halina.

- Usłyszałam, że może być zbadany za trzy godziny. A potem odesłano mnie do kolejnego szpitala - dodaje. Pan Józef czuł się coraz gorzej. Trząsł się zimna, jak przy gorączce. Gdy jego córka pobiegła po taksówkę, upadł na ziemię.
- Nikt z izby przyjęć nie wybiegł, by udzielić pomocy konającemu. Na miejsce przyjechało pogotowie - mówi pani Halina. Lekarz długo reanimował staruszka. Niestety, nie udało się ocalić mu życia. Sekcja zwłok pokaże, jaka była przyczyna śmierci 80-latka.
- Nie będę komentował sprawy - powiedział nam lekarz dyżurny Szpitala im. Barlickiego w Łodzi, który nawet nie chciał się przedstawić. - Nie zostawię tak tej sprawy - mówi pani Halina. O śmierci ojca chce powiadomić prokuraturę.
źródło: www.se.pl







środa, 6 lipca 2011

TO JEST CHORE ...

Doktor powiedziała, że badać mnie nie będzie, bo to bez sensu. I że mam jechać do domu, chyba że miałabym "nerwowo nie przetrzymać krwotoku" - wtedy mogę wrócić do szpitala. Ale lepiej nie przed godz. 11, bo dopiero wtedy robią łyżeczkowanie. Nigdy już nie pójdę na toruńską porodówkę - mówi czytelniczka Klara Królak 

 Dwa i pół roku temu Klara Królak poroniła. Potem zaszła w koleją ciążę, którą donosiła dzięki lekom. 8 czerwca była w 8. tygodniu kolejnej ciąży, kiedy zauważyła plamienie. - Pojechałam na położniczą izbę przyjęć do Szpitala Wojewódzkiego na Bielanach - opowiada kobieta.

- Położna przyjęła mnie niezbyt miło, była niezadowolona, że nie mam przy sobie karty ciąży i brudnej podpaski, dzięki której można by ocenić mój stan. Ostatecznie zbadał mnie bardzo uprzejmy dr Michał Migda. Zrobił usg i zalecił oszczędniejszy tryb życia.

Krwawienie jednak nie minęło, ale przybierało na sile. Klara Królak wzięła więc taksówkę i pojechała - unosząc się w aucie na rękach, żeby nie zabrudzić krwią tapicerki - na Bielany. Na izbie znów witają ją pielęgniarki.

- Położna, niegrzeczna i nieprzyjemna, na powitanie powiedziała mi, że z poważnego miejsca robię sobie poradnię K i że w takiej sytuacji powinnam najpierw udać się do swojego lekarza prowadzącego - relacjonuje kobieta. - Kiedy powiedziałam, że ten jest akurat na urlopie, pani zaleciła mi zmianę doktora.

Rozmowie przysłuchuje się inna położna. Ta jest uprzejma i spokojna. - Wyjaśniła mi, że na izbie jest dużo ludzi i rzeczywiście powinnam była jechać do poradni K - mówi Królak. - Zapytałam, czy mam do swojej przychodni jechać taksówką. Kiedy powiedziałam, gdzie jestem zapisana, odradziła mi to, bo tam nie ma aparatury do usg. Wreszcie zdecydowano się mnie przyjąć na Bielanach.

Czytelniczkę najpierw zbadała położna. Królak wspomniała jej, że w poprzedniej ciąży zażywała na jej podtrzymanie duphaston. - Po wstępnych oględzinach i wywiadzie przyjęła mnie młoda lekarka Małgorzata Ponińska - opowiada kobieta. - Dowiedziałam się od niej, że badać mnie nie będzie, bo to bez sensu skoro dzień wcześniej badał mnie dr Migda. Nie wiedziałam więc czy ciąża jest wciąż żywa. Pani doktor powiedziała, że "dla poprawy nastroju" wypisze mi duphaston. Następnie zaleciła jechać do domu, zaznaczając, że jeśli bym "nerwowo nie mogła przetrzymać krwotoku", to mogę przyjechać znów do szpitala, ale najlepiej dopiero rano, bo zabieg łyżeczkowania wykonuje się dopiero o godz. 11, więc wcześniej nie ma sensu.

Dla wyjaśnienia: łyżeczkowanie to zabieg wykonywany m.in. po poronieniu, polegający na usunięciu z macicy jej zawartości, czyli obumarłego płodu.

- W ten sposób dowiedziałam się, że pani doktor raczej spodziewa się, że stracę ciążę - mówi kobieta. - Była niemiła, nie znalazłam w niej ani śladu empatii. Bez rozmowy, porządnego wywiadu, usg. Z lekceważącym stwierdzeniem, że duphaston mogę brać na psychikę. Nie mówiłabym o tym, gdyby nie fakt, że ta sama lekarka podobnie bezdusznie potraktowała mnie dwa i pół roku temu podczas pierwszego poronienia, więc trudno chyba mówić o przypadku lub złym dniu.

O wyjaśnienie sprawy poprosiliśmy dr. Sławomira Badurka, rzecznika Szpitala Wojewódzkiego. Ten zwrócił się do ordynatora oddziału klinicznego oddziału położnictwa, chorób kobiecych i ginekologii onkologicznej dr. Marka Maleńczyka.

- Ordynator wezwał do siebie położną oraz dr Małgorzatę Ponińską - relacjonuje dr Badurek. - Procedura jest taka, że najpierw to położna ocenia, czy stan pacjentki wymaga interwencji. W przypadku tej pani plamienie było niewielkie. Sama pacjentka była spokojna, ale położna mówi, że towarzyszący jej mąż mówił podniesionym głosem i domagał się pilnych działań. Mimo więc że nie było bezwzględnych wskazań do interwencji, pani została przez dr Ponińską skierowana na usg w trybie ponadplanowym.

- Klara Królak twierdzi, że nie robiono jej tego dnia usg. Rozumiem, że może u państwa zobaczyć wynik tego badania? - pytam.

- Doktor Ponińska powiedziała, że nie ma nagrania akurat z tego badania. Ale ciąża była żywa i dlatego wypisała duphaston. Co do reszty relacji pacjentki, to mamy tu słowo przeciwko słowu i trudno mi ocenić jak przebiegała rozmowa obu pań - mówi dr Badurek.

Królak: - Nie miałam tego dnia usg, czego dowodem jest moja karta wypisowa, w której nie ma o badaniu mowy. Nie było też ze mną mojego męża, który był w pracy i dojechał, kiedy byłam już po wizycie u dr Ponińskiej.

Sama lekarka nie chce komentować sprawy: - Dr Badurek zna moje stanowisko i on mówi w moim imieniu - mówi Ponińska.

Klara Królak poroniła w nocy. Na badania i łyżeczkowanie pojechała do szpitala w Chełmży. - Zajęto się mną z troską i spokojem. Na Bielany już się nie odważyłam pojechać. Nie dość, że przeżywałam dramat utraty kolejnej ciąży, to jeszcze stresowałam się nieuprzejmą obsługą - mówi. - Nigdy już nie pójdę na porodówkę ani ginekologię w Szpitalu Wojewódzkim. Mówię o tym wszystkim, bo może coś wreszcie się tam zmieni i skorzystają na tym inne kobiety.

 żródło: Gazeta Wyborcza Toruń